Włączenie Osób Niepełnosprawnych w życie społeczne poprzez pracę na otwartym rynku Logo of Leonardo Programme
DARE Project

Prof. Jerzy Bralczyk

Profesor Jerzy bralczyk jest znanym polskim językoznawcą, specjalistą w zakresie języka mediów, polityki i reklamy.

Wykłada w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego oraz Szkole Wyższej Psychologii Społecznej.

Prowadzi codzienną audycję radiową "Słowo o słowie".

Zbiera stare wydania "Pana Tadeusza" oraz stare podręczniki dobrego zachowania się i mówienia. Jest autorem wielu podręczników i artykułów m. In. "O języku polskiej propagandy politycznej lat siedemdziesiątych", "Język na sprzedaż", "Przestrogi i porady językowe dla dziennikarzy".

Zdjęcie: Prof. Jerzy Bralczyk w rozmowie z Ireneuszem Białkiem, prezentacja multimedialna.

Rozmowa została zarejestrowana w styczniu 2006 roku w Warszawie. 20 stycznia była zaprezentowana na konferencji Osoby niepełnosprawne w społeczeństwie wiedzy w Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.

Ireneusz Białek
Panie Profesorze, co dzieje się z językiem, gdy zaczyna brakować słów na opisanie jakiegoś zjawiska lub słowa te zaczynają nabierać pejoratywnego znaczenia?

Prof. Jerzy Bralczyk
Słowa zmieniają znaczenie, czasem zmieniają odcień, czasem konotacje, czyli skojarzenia. Czasami coś, co zawsze było pozytywne staje się negatywne i odwrotnie. Słowa przyklejają się czasami jak etykietki do człowieka i często bywa tak, że etykietki te niosą coś bardziej negatywnego niż pozytywnego.
Czasami takie stereotypy wiążą się z nazwami narodowości, które po jakimś czasie ulegają pewnym zmianom - muszą, nie muszą - trudno powiedzieć, ale na przykład w tej chwili obserwujemy taką zmianę konotacji słowa Cygan, które oznaczało narodowość. Teraz uznaje się je za mniej eleganckie, mniej poprawne politycznie. Używamy bowiem raczej słowa Rom. Czy to dużo zmieni - trudno powiedzieć. Może się okazać, że po jakimś czasie słowo Rom będzie takim samym nośnikiem stereotypu jak dzisiaj słowo Cygan. Można powiedzieć, że w taki oto sposób oddajemy pole, język oddaje pole, język sprawia, że słowo Cygan staje się coraz gorsze. W tej chwili użycie tego słowa dla określenia narodowości jest prawie niemożliwe. Nie wiemy czy słowo Murzyn, często przecież spotykane, bez żadnych pejoratywnych konotacji, nie powinno zostać zastąpione - gwoli politycznej poprawności. No, ale czym - pojęciem Afro-Polak?
Czasem dobrze jest dać odpór temu i używać słowa w dobrym kontekście, w pozytywnym kontekście. Bywa jeszcze i tak, że słowa już mają historię negatywną i jeżeli dbamy o poprawne stosunki społeczne, o nieranienie nikogo, to dobrze byłoby, aby słowa używać z ostrożnością.

Ireneusz Białek
Poprosiłem Pana Profesora o to spotkanie, aby porozmawiać o w swej istocie języku medycznym, którego używa się mówiąc o osobach niepełnosprawnych i opisując niepełnosprawność, np. słowem kaleka - pejoratywnie czy inwalida - dyskusyjnie. Czy brakuje tu w języku polskim słów poprawnych politycznie?

Prof. Jerzy Bralczyk
Nie mamy gwarancji, że słowo, które dziś jest poprawne politycznie, utrzyma warunki bycia takim słowem później, ale rzeczywiście, trzeba przyjąć, że używanie słownictwa medycznego, na przykład w zakresie chorób umysłowych, jest wysoce niestosowne. Już zgodziliśmy się, że słowa takie jak imbecyl, debil czy idiota przeszły z języka medycznego do języka potocznego i częściej tam właśnie funkcjonują, a rozpoznajemy je jako negatywne określenie kogoś, komu chcemy dokuczyć raczej niż używać jako nazwę choroby.
W wielu przypadkach to nie jest tak, że słowo kaleka ma charakter ściśle medyczny. Jest to słowo pochodzenia wschodniosłowiańskiego, a zostało wzięte jeszcze z tureckiego i oznaczało brak czegoś. Ale istotnie słowo to, jeśli jeszcze dodawany tam był niepotrzebnie rodzaj żeński, czyli mówiło się ta kaleka, lub nawet kalika, miało charakter dominacyjny. Ktoś, kogo się tak określało, był jakoś niższy i to nawet niekoniecznie wtedy, kiedy chcieliśmy dokuczyć mu. Stąd też jest ono odbierane pejoratywnie. W mniejszym może stopniu słowo inwalida, które wzięte było z łaciny, a przecież i we francuskim mieliśmy inwalidę - jedni myśleli o nim jako o kimś wymagającym specjalnej troski, stąd renty inwalidzkie lub dzieci specjalnej troski. Wyzwalało to zwykle prospołeczne odruchy, ale z drugiej strony pokazywało, że ktoś samodzielnie sobie nie radzi.
W języku angielskim słowo handicap oznaczało ułomność, a u nas mieliśmy jeszcze słowo ułomny, które mocno oznaczało pewien niedostatek. Dla określenia ludzi używamy zwykle rzeczowników, przymiotników, czasem imiesłowów. To ciekawe, że kiedy w tym celu używamy rzeczowników, często pejoratywizują się one stosunkowo szybko, jak chociażby słowo kaleka czy inwalida. Dotyczy to również rzeczowników używanych do określania pewnych konkretnych niedostatków, jak garbus czy kulas. Są one dużo bardziej pejoratywne niż słowa garbaty czy kulawy, które są przymiotnikami.
A w przypadku zastosowania słów przygarbiony i kulejący, a więc imiesłowów, moglibyśmy powiedzieć, że tak nazwana cecha ma charakter akcydentalny, że nie jest to cecha stała i na pewno odbieramy ją bez negatywnych konotacji. Terminy dwuczłonowe, takie jak np. osoba niepełnosprawna, które jest w tym przypadku również używane, wydają się satysfakcjonować większość użytkowników języka polskiego, mogą się pojawiać trochę częściej, ale też bez przesady.
Gdybym redagował teksty dotyczące problematyki niepełnosprawności, na pewno, z jednej strony, dbałbym o polszczyznę, a z drugiej, o poprawność, której nie lubię nazywać polityczną, nie o to przecież tutaj chodzi, ale o poprawność społeczną, bo ona jest nam naprawdę bardzo potrzebna. Starałbym się zatem różnicować te słowa, pozostając w obrębie tej samej grupy semantycznej. Mówiłbym raz o osobach niepełnosprawnych, raz o osobach z ograniczoną sprawnością - dodając może - czy ruchową, czy inną.

Ireneusz Białek
Ale chyba nie mówiłby Pan Profesor o osobach sprawnych inaczej?

Prof. Jerzy Bralczyk
Nie. Był taki pomysł, który wydawał się politycznie poprawny, ale był jednocześnie trochę żartobliwy i, co gorsza, dawał pole do naśladowania.
A więc nie mówiono już o osobach kochających inaczej, sprawnych inaczej, czy wrażliwych inaczej, ale również uczciwych inaczej, co było już wyraźnie żartem i to żartem dotkliwym, gdzie wkradała się ironia. Bardzo niechętnie myślę też o sobie jako o seniorze, osobie w jesieni życia czy trzeciego wieku, bo te wszystkie eufemizujące określenia są równocześnie bardzo narażone na ironizację. Wolę więc nazywać siebie po prostu osobą starszą.

Ireneusz Białek
A co Pan Profesor powie o slangu używanym przez same osoby niepełnosprawne w stosunku do samych siebie. Często osoby te nazywają się kalekami, ślepakami, kulawymi itd. Co to jest za zjawisko?

Prof. Jerzy Bralczyk
Jest taka figura w retoryce, nazywa się prolepsis. Polega ona na tym, żeby wyprzedzać cudze zarzuty. Zatem zanim mój przeciwnik użyje jakiegoś zarzutu, ja wyprzedzę go i w ten sposób wytrącę mu broń z ręki. Powiem więc, tak, jestem taki i co z tego. I wtedy on ma mniejsze pole do obrażania mnie.
Takie działania stosowane autoironicznie spotykamy stosunkowo często. Ja sam na przykład będąc fizycznie niezbyt atrakcyjnym - jestem niski i gruby - dość często się do tego odwołuję, uprzedzając tych, którzy mają mnie za grubasa i niskiego. Mówiąc o tym wyzwalam się od pewnych dotkliwych osądów, bo mogłoby mi to przynieść przykrość.
Slang osób niepełnosprawnych mówiących o sobie ślepaki czy kulasy, czasem bywa sympatyczny, bo autoironia zawsze spotyka się z uznaniem, ale z drugiej strony jest wskazówką, że być może to stanowi jakiś problem. Używając takich określeń, chcemy się immunizować na wszelkie dotkliwości z różnych stron - patrzcie, ja jestem normalnym człowiekiem.
Ale na ogół człowiek nie mówi, że jest normalnym człowiekiem, tak jak nie mówi o swoich przywarach nieprowokowany, jeśli nie stanowi to dla niego jakiegoś problemu.

Ireneusz Białek
W Wielkiej Brytanii uznano, że sformułowania odnoszące się do osób niepełnosprawnych powinny być nacechowane bardziej ludzko i na pierwszym miejscu mają stawiać człowieka. Mówi się tam person with disability, a nie the disabled. Co Pan myśli o takiej personalizacji języka?

Prof. Jerzy Bralczyk
To działa również w polszczyźnie. Być może pojawiłaby się u nas konstrukcja przyimkowa - osoba z niepełnosprawnością - ale byłoby to wyrażenie obce naszemu językowi. Stąd też będziemy mieli osoby niepełnosprawne, a nie osoby z niepełnosprawnością. To określenie funkcji przymiotnikowej wydaje się być właściwe, mnie to nie razi i na pewno jest lepsze.
Czy samo słowo niepełnosprawny niesie ze sobą jakieś treści negatywne? W moim przekonaniu nie, ale pozostawienie go bez rzeczownika może wyzwalać pewien rodzaj poczucia niepełności. Określenie niepełnosprawni, niepełnosprawnych na pewno może funkcjonować w liczbie mnogiej, natomiast w liczbie pojedynczej chyba gorzej.
Tu jest jeszcze jedna sytuacja. O ile możemy o tym mówić w aktach, jakiś ustaleniach, o tyle trudniej jest stosować je w wyrażeniach potocznych.
Tu z kolei występują inne wyrażenia - z imienia, z nazwiska, z innych funkcji, np. sąsiad. Niekoniecznie trzeba tę cechę podkreślać. Ta cecha pojawia się raczej wówczas, gdy potrzebne są jakieś ustalenia, regulacje itp.
Powinno się też to zmieniać, mówić raz osoba niepełnosprawna, raz osoba z ograniczoną sprawnością, raz osoba wymagająca troski - stosować nawet opisowe określenia, które mogą pomóc w dezetykietyzowaniu.
Język nie powinien stawiać ograniczeń, powinniśmy posługiwać się nim swobodnie. Należy przyjąć wcześniej pewne założenia o danej sprawie, widzieć człowieka w określony sposób. Do tego potrzebne są lata edukacji, lata uwrażliwiania społeczeństwa, aby język wytworzył określenia, które pomagałyby ludziom się porozumiewać i być ze sobą. Zacząć trzeba od mediów i szkoły. Od Kościoła także, ale i od rodziny. Te przecież instytucje kształtują nasz język, sposób mówienia, a język oficjalny jest przez media stymulowany i tu rzeczywiście należy się wykazać pewną dbałością.

Ireneusz Białek
Jako osoba, która zajmowała się dziennikarstwem, muszę powiedzieć, że media często szukają sensacyjności w osobie niepełnosprawnej, czyli skupiają się na niepełnosprawności, a nie na osobie.

Prof. Jerzy Bralczyk
Niestety, tak. W retoryce ta funkcja movere, czyli poruszać, często wyprzedza funkcje docere, czyli pouczać. Przy funkcji poruszania odbiorcy powinno się jednak stosować akceptowalne środki. Sprawa jest trudna ponieważ nie można tego dekretować, ustalić odgórnie i stawiać językowi granic, ponieważ język ma taką sprężystość.

Ireneusz Białek
Jest to żywa struktura.

Prof. Jerzy Bralczyk
Dlatego raczej widziałbym to w kształtowaniu zwyczaju, a nie decydowaniu odgórnym – tak należy, tak nie należy. Można mówić, że pożądane są te określenia, ale raczej w kategoriach miękkich, nieustawowych, bo tu można się spotkać z publiczną dyskusją.
Wyobraźmy sobie publikacje, która będzie traktowała o sposobach mówienia i myślenia o osobach niepełnosprawnych. Jeżeli to wywoła społeczny rezonans, to z jednej strony, możemy liczyć, że zwiększy się wrażliwość, ale z drugiej strony, nastąpi reakcja – co to, próbuje się nas ograniczać w mówieniu, to przecież cenzura.
Okazjonalnie mogą się pojawiać prowokacje. Są pisma, które celują w prowokacjach językowych i od razu można założyć, że te słowa, których chcemy uniknąć tam się pojawią silniej.
Skarżymy się na pogorszenie sytuacji komunikacyjnej w ogóle. O ile kiedyś mówiliśmy o języku jako o środku udanego porozumiewania się, to dziś częściej myślimy o języku jako narzędziu skutecznej komunikacji. Czy to ma być udane czy skuteczne? Ja cenię sobie, żeby to było udane porozumienie, a nie komunikacja. Komunikacja przecież polega na tym, że ja coś powiem, a ty usłyszysz, a porozumienie, że gdzieś się spotkamy.

Ireneusz Białek
Dziękuję bardzo za rozmowę.

[powrót]

Poniższe symbole oznaczają, że strona ta spełnia wszystkie światowe standardy w zakresie dostępności dla osób niewidomych.

[ AAA Bobby aproved ]   ||   [ 508 Bobby aproved ]   ||   [ W3C XHTML 1.1 ]   ||   [ W3C CSS ]